| STYCZEŃ 2026 SPORT | 73 Pani Kasiu, oglądałem Pani zwycięski mecz w Luksemburgu w 2013 roku (z 20. rakietą świata, Kirsten Flipkens) – to dla mnie symbol Pani determinacji. Do dziś mam w oczach obraz Pani zmęczonej, z opaskami uciskowymi, odwróconej tyłem do kortu, walczącej o wejście do Top 100. Czy ten turniej był najważniejszy w Pani karierze i w Pani życiu? Katarzyna Piter: Tak, zdecydowanie. To był mój najbardziej godny zapamiętania moment kariery singlowej. Późniejsze wejście do pierwszej setki, którego Luksemburg był etapem, stanowiło nasz tenisowy cel wspólnie z bratem. Byliśmy drużyną i czułam, że osiągamy go razem. W tamtych czasach moje życie to był tenis – wszystko poza kortem było mu podporządkowane.Tydzień wcześniej przeszłam eliminację w Linzu, gdzie przegrałam gładko z Dominiką Cibulkovą (0-6, 1-6). Doszłam jednak do półfinału w debla. Skończyłyśmy mecz około 21:00 i od razu musiałam jechać do Luksemburga. Mimo rad, bym zrezygnowała, bo czekała mnie długa noc w aucie i dwa mecze następnego dnia, zadecydowałam, że zagram. Wspólnie z bratem przechodziliśmy różne przeciwności, by doświadczyć tego wyniku i emocji. W pierwszej rundzie byłam bardzo zdenerwowana. Grałam z Flipkens (20. rakieta świata) i zastanawiałam się, jak wygrać więcej gemów niż turniej wcześniej. Wygrałam cały mecz wyraźnie. Potem grałam znów po kilkunastu godzinach, ponieważ mecz miała pokazywać telewizja. Belgijka Yanina Wickmayer była bardzo popularna w Luksemburgu, więc publiczność była przeciwko mnie. Zostawiłam wszystko na korcie, całą siebie. Czy takim momentem zwrotnym w deblu było zwycięstwo w Palermo, kiedy w finale pokonała Pani Karolinę i Krystynę Pliszkowe, które były wówczas na topie, i weszła Pani do pierwszej setki gry podwójnej? Nie, ja w ogóle nigdy nie myślałam, że zostanę deblistką. Wtedy na pewno nie. Byłam umówiona z Kristiną Mladenovic, że zagramy w Palermo. Kristina wracała ze zwycięskiego miksta na Wimbledonie i była moją dobrą koleżanką. Moim i brata celem było dostanie się do US Open 2013, do eliminacji, co zrealizowałam tydzień po Palermo. Grałam wtedy w parze z Kristiną Mladenovic i to był jedyny wtedy turniej, gdzie zagrałam tylko debla i co więcej – wygrałyśmy go. To dodało mi pewności siebie do singla, bo to było zwycięskie WTA. W jednym z wywiadów w ubiegłym roku powiedziała Pani: „Nie chcę tracić czasu, życie jest kruche”. Korzysta Pani z życia i już nie tylko kort był najważniejszy w 2025 roku. Jeżeli chodzi o moje serce wojowniczki, to jest dalej to samo serce. Czas i dojrzałość sprawiły, że tenis już nie jest dla mnie wystarczający. Przejście z singla na debla z jednej strony spowodowane było tym, że straciłam sponsora, który wciąż jest przyjacielem naszej rodziny. Wypadłam jednak z pierwszej setki i musiałam sama odpowiadać za wszystkie koszty. Kiedy przyszedł COVID, miałam więcej czasu na myślenie. Dojrzałam do decyzji, żeby przejść na debla. Poświęcając 28 lat mojego życia tylko na tenis nie miałam czasu, żeby wyjść na kolację, żeby spotkać się ze znajomymi. Zawsze się staram wspólnie z moją przyjaciółką gdzieś raz w roku wyjechać, ale na takie 10 dni to wyjechałam raz, bo zawsze był powód, żeby nie jechać, bo musiałam grać albo coś mnie bolało i trzeba było pochodzić do fizjo. Życia w życiu było mało, a ja to akceptowałam, bo wynik był wtedy najważniejszy i świadomie tego chciałam. Jestem wdzięczna, że dostałam swoją szansę na spełnienie marzeń. W pewnym momencie poczułam, że chcę mieć więcej czasu dla siebie. Zadałam sobie pytanie: kim jestem? Jedyna odpowiedź, która przyszła mi do głowy: jestem tenisistką. Zdałam sobie sprawę, że to już mi nie wystarczy. Jestem świadomą kobietą i dbanie o samą siebie wysunęło się na pierwsze miejsce. Chcę mieć coś z życia oprócz bycia tenisistką. Nie pojawiło się pytanie, by zejść z kortu? Tak, wtedy właśnie zadałam sobie pytanie, czy będę kończyła granie w tenisa, bo nigdy nie wyobrażałam sobie siebie jako deblistki. Czy faktycznie granie w debla, da mi satysfakcję? Z drugiej strony opłacone hotele, wyjazdy i wysoki poziom życia kusiły. Kolejne pytanie, czy robiąc to na 100 procent, bo zawsze tak wszystko robię, wystarczy mi jeden trening dziennie. Jestem w takim wieku, tyle piłek tenisowych nagrałam, że wiem, jak to się robi. Uznałam, że jeden trening fizyczny i jeden tenisowy będzie OK, a połowę dnia mogę mieć dla siebie na spotkanie z przyjaciółką, na bycie z rodziną, na życie poza tenisem. Co zatem Pani ciekawego zobaczyła w ostatnim okresie? Co dobrego Pani zjadła? Grając w singla, moje życie toczyło się jak na karuzeli – korty, hotel, korty, hotel. Teraz jako deblistka zawsze gdzieś wychodzę i to nawet kosztem jednego treningu, by zobaczyć coś, co mnie interesuje. Będąc jesienią w Osace na turnieju, pojechałam do Kioto, zwiedziłam tamtejsze świątynie. Nigdy w życiu nie jadłam tak dobrego sushi, jak właśnie tam. Sushi master czynił cuda, klejąc ryż i komponując rolki z wieloma rodzajami ryb, nawet tych, których nie znałam. Pojechałam też
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz