SUKCES PO POZNAŃSKU 1/2026

| STYCZEŃ 2026 74 | SPORT do lasu bambusowego koło Kioto. Lubię sobie coś fajnego przywieźć do domu. Kupiłam kadzidełka o zapachu tego lasu. Teraz myślę inaczej. Jestem blisko jakiegoś atrakcyjnego miejsca na turnieju, to muszę znaleźć jeden dzień, żeby tam pojechać i zwiedzić. Kiedyś tak nie myślałam. Teraz widzę, że życie i świat jest większy niż tenis i kort. Granie jest dalej i pewnie zawsze będzie częścią mnie samej. Jestem tenisistką, bo to jest moja marka osobista, którą zbudowałam i jestem z tego dumna, ale... życie jest kruche. Chcę doświadczać wielu innych rzeczy, nie tylko tenisowych. Czas leci i nigdy nie wiadomo, co się stanie, a ja jestem bardzo ciekawa świata, tego poza tenisem też. Lubi Pani przywieźć do domu coś ze swojego wyjazdu, do tego w Ceradzu Kościelnym, do którego Pani wróciła w grudniu z Alicante, gdzie spędziła Pani ostatnie cztery lata? Kiedy szalał koronawirus, przestałam trenować z bratem. Jeszcze jakiś czas byłam w Kolonii i tam trenowaliśmy, ale wróciłam do Ceradza, do naszego domku rodzinnego. Z moją rodziną, tatą, który najpierw był moim trenerem, potem z bratem, byliśmy bardzo blisko, dużo czasu spędzaliśmy razem i w pewnym momencie poczułam, że chciałabym być bardziej niezależna i zbudować swoje życie na moich warunkach. Zawsze marzyłam, żeby mieszkać tam, gdzie dużo słońca, które kocham, w ciepłym miejscu przy morzu. W realizacji tego marzenia pomogła Pani partnerka deblowa, Egipcjanka Mayar Sherif. Tak, Mayar od lat mieszka i trenuje w Hiszpanii. To z nią wygrałam w ubiegłym roku mój najważniejszy turniej rangi WTA 500 w Meridzie. To ona też mnie zaprosiła w sierpniu 2021 roku, po turnieju w Rumunii, gdzie dotarłyśmy do finału, byśmy pojechały do Alicante potrenować. Pamiętam, jak jej trener mi powiedział: „Uważaj, bo jak tu przyjedziesz, to będziesz chciała zostać”. Nie miałam wtedy takich planów. Przyjechałam do Alicante, wypożyczyłam auto i objechałam Costa Blanca. Bardzo mi się podobało, poczułam energię Alicante, było tak błogo, dużo spokoju, a ja kocham morze i bardzo dobrze na mnie działa plaża. Przez cztery lata widziałam mnóstwo wschodów słońca, bo uwielbiałam rano wstać… Kiedy wróciłam do Ceradza, zatęskniłam za Hiszpanią i postanowiłam tam spontanicznie pojechać. Sprawdziłam, ile to kilometrów, dużo, bo około 2700. Zadzwoniłam do brata Jakuba, że jeden przystanek będę miała u niego w Kolonii. Spakowałam torbę i ruszyłam w drogę. Przez tydzień zarezerwowałam jakieś Airbnb i szukałam mieszkania. Nie było to proste: nie mówiłam po hiszpańsku, nie miałam umowy o pracę. Woleli, że tak powiem, kogoś bardziej hiszpańskiego. Ostatnie mieszkanie, które oglądałam, bardzo mi się spodobało. Zostałam tam przez cztery lata, ale właśnie na początku grudnia, wspólnie z tatą, wróciłam do Ceradza. W Hiszpanii napełniłam się słońcem, ciszą, spokojem, spędziłam dużo czasu sama ze sobą. Dobrze poznałam siebie, dojrzałam, a teraz jest czas, kiedy chcę być blisko rodziny, moja przyjaciółka jest w ciąży, jest tata, więc teraz nawet jeżeli polska pogoda nie zawsze jest fantastyczna, to najważniejsze jest dla mnie bycie blisko rodziny. Dlatego wróciłam i szukam swojego gniazdka w Poznaniu. Zatem, jaka jest definicja szczęścia Katarzyny Piter? Miłość. Czymkolwiek jest. Dla mnie kiedyś była tenisem. Teraz to jest bliskość osób, które kocham, ale też do samej siebie, z bagażem doświadczeń, z zaakceptowaniem siebie, bycie dla siebie po prostu dobrą. Od tego zaczyna się wszystko. Jeżeli jest miłość, akceptacja, bliskość rodziny i zdrowie najbliższych, to nie ma w życiu żadnych problemów, a wtedy można zrobić wszystko. Czyli szczęście, ale też na sto procent… Tak. Ale już nie kosztem życia w biegu. Oczywiście jestem bardzo ambitną i upartą osobą. Bardzo chcę osiągać kolejne cele. Gdy sobie coś postanowię, to muszę to zrealizować, ale już nie jest to kosztem wszystkiego.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz