| LUTY 2026 TYMCZASEM W PRZYRODZIE | 57 Ten fragment Wielkopolskiego Parku Narodowego nosi nazwę Puszczykowskich Gór. Jest w dodatku obszarem ochrony ścisłej. Tak więc, jak to w parkach narodowych, należy podziwiać niekwestionowaną urodę tego i innych miejsc z wyznaczonych szlaków turystycznych. Są tak poprowadzone, by każdy znalazł tu coś dla siebie. Coś, co przyciągnie jego oko i ukoi duszę. POCZĄTKOWE PERTURBACJE Już w nocy, kiedy się przebudziłem, spojrzałem przez okno. Prognoza sprawdziła się: panowała gęsta mgła. Tuż po szóstej wstałem z łóżka, a mgła wciąż nie traciła wigoru. Przed godziną siódmą trzydzieści byłem już na stacji PKP w Puszczykowie. Warunki atmosferyczne nie były łatwe. Musiałem uważać, by nie upaść. Od rana było mroźno, skutkiem czego w wielu miejscach, nawet nie zakładając łyżew, można było poczuć się jak na lodowisku. Kiedy, szukając dojścia do drogi przez łąkę, szedłem po ubitym śniegu, który miejscami miał strukturę lodu, na ułamek sekundy straciłem przyczepność z podłożem i byłem już bardzo blisko niezamierzonego spotkania z zamarzniętym gruntem. Na szczęście, jakimś cudem, ustałem to salto. Było to jednak wyraźne ostrzeżenie. Jeśli nie skupię się na każdym kroku, może to być zgubne albo dla mnie, albo dla sprzętu fotograficznego na mojej szyi, albo dla nas obu. Poruszałem się więc wolno, aby ostatecznie dostać się na leśny szlak, gdzie samochody nie miały wstępu, śnieg nie był więc tak ubity i wyślizgany. NA SZLAKU Prowadzi tędy szlak żółty. W warunkach zimowych byłem tu po raz pierwszy. Owszem, chłód nie ułatwiał wędrówki, ale cieszyłem się, że podjąłem wyzwanie. Drogę i postoje umilały mi cisza oraz wplatające się w nią raz po raz głosy ptasiej drobnicy. A to jakieś sikory bąknęły coś pod dziobem, a to znowu kowalik wtrącił swoje trzy grosze. W pewnym momencie, na tle nieba dały się słyszeć głosy koczujących gęsi. W tych warunkach zatrzymałem się, by wykonać fotografię. Nawet niejedną. W wąwozach dały się zauważyć połamane drzewa. Taki widok może wręcz zadziwić, zwłaszcza mieszczucha – nie znamy wszak tego pięknego stanu rzeczy z lasów gospodarczych. W każdym razie nie w takiej skali i masowości zjawiska. A tak to powinno wyglądać. To dobre dla przyrody, dla lasu, jego jakości, różnorodności. Dobre również dla tej części przyrody, jaką jesteśmy my sami. Ilość takich naturalnych siedlisk powinna być systematycznie zwiększana i łączona wzajemnie siecią zadrzewień, korytarzy ekologicznych. Tak, jak łączą się autostrady i drogi szybkiego ruchu, tak powinny łączyć się tereny zielone, by nie stawały się samotnymi wyspami, skazanymi na powolne wymieranie. Wracając do Puszczykowskich Gór. Są tu cudowne, olbrzymie, stare drzewa. Zwłaszcza buki. A buki mają jeszcze to do siebie, że ich konary, gałęzie, kora, potrafią zaskakiwać swoimi formami, kształtami, żłobieniami. Czasem jako żywo przypominają kształty ludzkiego ciała. Jeśli dodać do tego wspomnianą i wciąż ścielącą się na pewnej wysokości mgłę, oglądałem iście baśniowy krajobraz. Poruszanie się w nim było źródłem wielu potencjalnie interesujących kadrów. Sam fakt niecodziennej aury sprzyjał fotografowaniu.Wczoraj miała miejsce styczniowa odwilż. Biel śniegu została naruszona przez padający obficie deszcz. Dlatego dziś w wielu miejscach na śniegu dało się obserwować ślady po obfitych kroplach, które spadały wówczas z okolicznych drzew. SŁUCHANIE NATURY W Puszczykowskich Górach raz po raz odzywały się kolejne stworzenia. W pewnym momencie do moich uszu doszły radosne głosy stadka raniuszków. Czy ktoś z Państwa widział kiedyś raniuszka? Bardzo polecam się przyjrzeć, a jest duża szansa, że zostanie dostrzeżony. Należy tylko mieć uszy szeroko otwarte. Jeśli, idąc lasem, usłyszą Państwo nagle „bzdrt, bzdrt”, wówczas należy na chwilę zatrzymać się i popatrzeć w to miejsce, skąd głos dochodzi. Raniuszki to bardzo charakterystyczne stworzenia. Wyglądają trochę jak piłeczka pingpongowa z długim ogonkiem. Są małe, ale nie sposób pomylić ich z innym gatunkiem ptaka, właśnie z powodu tego głosu i tej postury. Wciąż jeszcze panował mróz. Mimo to, zarówno dzięcioły, jak i pełzacze, były aktywne. Te pierwsze nawet raz po raz bębniły (zapewne były to dzięcioły duże), drugie natomiast od czasu do czasu radośnie śpiewały swoją wiosenną zwrotkę. O godzinie jedenastej czterdzieści na nos spadła mi pierwsza kropla. Wcale nie deszczu. Rozejrzałem się uważnie i zacząłem nasłuchiwać. I rzeczywiście. Naokół zjawisko to intensyfikowało się. I wtedy zrozumiałem: temperatura powietrza wzrosła powyżej zera. Wczorajsze krople deszczu, zamrożone na końcach gałązek w postaci lodowych łez, zaczęły na powrót zmieniać stan skupienia. Wkrótce leśny chór kropel wybrzmiewał w pełnej krasie. Pozostało wracać do domu. Z głową pełną wrażeń. z
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz