| MARZEC 2026 SPORT | 65 Paweł Bratkowski: To fakt, ale jest nadzieja. Na ostatnich mistrzostwach Polski w Gnieźnie były pełne trybuny, a była to biletowana impreza. Sporo jednak zrobiono dla promocji tego wydarzenia. Zdecydowanie chodzi o medialność, bo w dużych miastach, nie oszukujmy się, hokej na trawie jest sportem niszowym. Piłka nożna dominuje i przebicie się do mediów jest kosztowne oraz trudne. Oriana Bratkowska: Myślę, że chodzi też o znajomość przepisów. Jeśli na stadion trafi jakiś przechodzień, spojrzy na mecz i nie bardzo wie, o co chodzi, to szybko się nudzi i rezygnuje. Przepisy są zbyt skomplikowane dla przeciętnego kibica. Według mnie, żeby zrozumieć hokej, trzeba naprawdę przynajmniej pół sezonu pochodzić na mecze i wtedy dopiero się wie, z czym to się je. Dlatego fajnie sprawdza się odmiana halowa. Jeśli zapraszamy znajomych, którzy nie mieli styczności z hokejem na trawie, to zawsze polecamy zawody halowe. Gra jest tam niezwykle dynamiczna, pada dużo bramek, a i przepisy są znacznie prostsze do wytłumaczenia. Sam mecz odbywa się na mniejszym boisku, po którym biega też mniej zawodników. Patrząc z Państwa doświadczenia – wiele dyscyplin sportu upraszcza przepisy. Czy jest zatem jakaś szansa na to, żeby zrobić zasady hokeja bardziej zrozumiałymi dla widza? PB: Na przestrzeni kilku lat te przepisy cały czas są zmieniane. Śmieję się czasami, że będąc tyle lat w hokeju, niekiedy już sam nie wiem, o co dokładnie chodzi. Bo chociażby na trawie są te przepisy z lobami – jak można piłkę przyjąć, kiedy przeciwnik może doskoczyć do zawodnika. Na hali z kolei cały czas jest obecny przepis dotyczący zamknięcia osoby w narożniku, bo przecież nie można grać górną piłką. OB: Zmiana przepisów wychodzi zawsze od światowej federacji. Wydaje mi się jednak, że to jest niemożliwe, by uprościć to jeszcze bardziej. Będąc na co dzień w hokeju, nie wyobrażamy sobie, żeby coś jeszcze bardziej zmienić. Dla nas to wszystko jest zrozumiałe i klarowne, mimo tych kilku przepisów, o których tutaj mąż wspomina. Trzeba zatem po prostu poznać tajniki gry, a wtedy, jak się już zrozumie mechanizmy, to się wsiąka. Trzeba dać sobie na to trochę czasu. Mówiąc żartobliwie, a jednocześnie używając języka czeskiego, połączyła Państwa laska... PB: Tak, tak! Znamy się z czasów szkolnych, z liceum, bo chodziliśmy do tej samej Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Poznaniu. Jestem dwa lata starszy od Oriany. Kończyłem szkołę, żona właśnie zaczynała. Trochę było mnie mało w samej szkole ze względu na to, że ocierałem się już o pierwszą kadrę i miałem bardzo dużo wyjazdów. Znajomość jednak trwała, ale tak naprawdę coś więcej narodziło się dopiero w 2015 roku podczas halowych mistrzostw świata w Lipsku i trwa to szczęśliwie do dzisiaj… Trwa do dzisiaj, no i owocem tej znajomości jest córeczka. OB: Tak, córeczka Antosia, która urodziła się w tym roku, dokładnie 10 stycznia. Jest tutaj z nami podczas rozmowy. Jesteście Państwo wplątani w hokej. Czy on cały czas jest w Państwa życiu? OB: Tak, siłą rzeczy jesteśmy w nim zanurzeni, ale też kochamy to, co robimy, więc wszędzie ten hokej się z nami naturalną koleją rzeczy przewija. I myślę, że tak już zostanie. Córeczka też będzie grała w hokeja, chociaż mąż mówi, że nie, ale geny będą silniejsze. Poza tym, jak będzie z nami wszędzie jeździła, to po prostu przesiąknie tym sportem. Hokej jest w naszym sercu, jest naszą pasją i nawet teraz, jak nam się życie całkowicie pozmieniało przez córeczkę, to staramy się wszystko podporządkować tak, żeby hokej był obecny, bo jest dla nas niezwykle ważny. Mam już dla Państwa córki kij hokejowy. Właśnie trzymam go w ręce, bo mam go na biurku – taki wielkości może 15 centymetrów, ale oryginalny, drewniany, firmy Dita. PB: Dita, dobre kije. Bardzo solidne. Co takiego jest wyjątkowego w hokeju, że Państwo rzeczywiście tak mocno się z nim związali? PB: Pochodzę z Rogowa, gdzie właściwie jedyną dyscypliną uprawianą na poważnie jest hokej na trawie, no i można powiedzieć, że w związku z tym nie miałem innego wyjścia... Starszy brat grał w hokeja, wujek grał w hokeja i no, siłą rzeczy... ja też musiałem grać. Nawet nikt mnie do tego nie zmuszał, ale wszyscy w rodzinie wspominają, jak obijałem jakieś budynki piłką. Czekałem z niecierpliwością, żeby móc się wreszcie zapisać do klubu. Kiedy skończyłem siedem lat, złapałem za kij na oficjalnym tre-
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz