| MARZEC 2026 Z KULTURĄ | 69 Pani Joanno, zaczniemy od Poznania – to tutaj, dzięki konkursowi „Poznań Fantastyczny”, Pani literacka kariera nabrała rozpędu. Czy to miasto ma w sobie jakąś ukrytą energię, która sprawiła, że ta „szuflada” w końcu się otworzyła? Przez lata pisała Pani tylko dla siebie. Co takiego wydarzyło się w 2018 roku, że postanowiła Pani powiedzieć: „Teraz ja”? Czy to była kwestia odwagi, czy po prostu te historie nie mieściły się już w biurku? Joanna Wtulich: Szczerze mówiąc, to przed rokiem 2018 nie było żadnych historii. Dla mnie wszystko zaczęło się od tego, że chciałam spełnić swoje największe marzenie, czyli wydać książkę. Akurat w 2018 roku tak się ułożyło moje życie zawodowe i osobiste, że pojawiła się przestrzeń i czas na pisanie. Ale zabrałam się za to od podstaw. Tzn. zapisałam się na kurs „Pasja pisania”, potem były pierwsze opowiadania i wygrane w konkursach literackich. Dopiero wtedy przekonałam się, że może jednak warto napisać coś większego, skoro te krótkie historie zdobywają nagrody i wyróżnienia. „Poznań Fantastyczny” był właśnie jednym z tego typu konkursów i chyba pierwszym, dzięki któremu zobaczyłam swoje nazwisko na okładce książki, bo ukazała się pokonkursowa antologia. Zaczynała Pani od mrocznych opowiadań kryminalnych we Wrocławiu, a debiutowała psychologicznym romansem. Czy Joanna Wtulich to literacki kameleon, który nie boi się żadnego gatunku? Nigdy nie przypuszczałam, że będę pisała cokolwiek innego poza opowieściami kryminalnymi, może ewentualnie obyczajowymi. Jednak czasem bohaterowie potrafią spłatać figla i przychodzą z takimi historiami, że mniejsza o to, kiedy i gdzie się one dzieją. Staram się więc podążać za moimi bohaterami. A oni potrafią być naprawdę kapryśni, a może nawet… szaleni? Na przykład coś, co miało być sagą rodzinną, przeobraziło się nieoczekiwanie w historyczną powieść przygodową w stylu Sienkiewicza, z bitwami, romansami, brawurowymi pojedynkami i całą masą perypetii. Mam na myśli Sagę napoleońską. Być może jest mi też prościej lawirować pomiędzy gatunkami, ponieważ teoria literatury nie jest mi obca i doskonale wiem, jakie są wymogi danego gatunku. Może też dlatego mam w sobie taką pewność, że podołam większości gatunków. Jest Pani nauczycielką i bibliotekarką. Czy w szkole jest Pani tą „panią od polskiego”, która przemyca na lekcjach wątki z kryminałów, czy te dwa światy są od siebie oddzielone grubym murem? Pracuję w szkole podstawowej, więc z tym kryminałem jestem raczej ostrożna, ale z pewnością mam słabość do tego typu literatury i staram się swoją pasję zaszczepić najmłodszym czytelnikom, choćby polecając im takie lektury, które wymagają wysiłku intelektualnego. A według mnie tam, gdzie jest zagadka, tam jest najlepsza zabawa i jednocześnie najbardziej wymagająca rozrywka. Poza tym od lat współpracuję z siecią nauczycieli bibliotekarzy z mojego powiatu skupionych wokół Biblioteki Pedagogicznej w Mławie, która jest filią Biblioteki Pedagogicznej w Ciechanowie. Dzięki temu mogę na zaproszenie moich koleżanek odwiedzać uczniów w innych szkołach i prowadzić warsztaty oraz po prostu zachęcać do czytania i pisania. Choć czasem się śmieję, że to takie strzelanie sobie w stopę, bo szkolę przyszłą konkurencję. Biblioteka kojarzy się z ciszą i spokojem, a Pani książki – z emocjami i skomplikowanymi relacjami. Jak udaje się Pani zachować „pokerową twarz” bibliotekarki, mając w głowie te wszystkie literackie zbrodnie i namiętności? Sądzę, że to kwestia mojej wyobraźni. Zawsze lubiłam wymyślać alternatywne zakończenia historii lub po prostu pisać je od nowa. Do tej pory zresztą tak mam i uważam, że to jedno z najlepszych źródeł inspiracji, kiedy człowiek ma w sobie niezgodę na to, co obejrzał w filmie lub przeczytał w książce. Moja praca wymaga może nie tyle pokerowej twarzy, co opanowania i skupienia. Dlatego w domu, przy swoim komputerze mogę się zrelaksować, właśnie żyjąc życiem moich bohaterów. Mówi Pani, że słucha ludzi na forach i w kolejkach. Czy zdarzyło się Pani kiedyś „ukraść” jakąś historię usłyszaną w bibliotece i wpleść ją do swojej powieści? Rzeczywiście lubię słuchać i zbieram bardzo często te okruchy, z których potem powstają moi bohaterowie i ich historie. Dzieciaki bywają źródłem świetnych językowych nieporozumień, co wykorzystałam w cyklu komedii. Od jakiegoś czasu bywam namawiana do napisania książki dla dzieci. Jedną taką, która jest publikacją promującą moją rodzinną miejscowość, Stupsk, mam na swoim koncie. Na razie jednak mam zbyt wiele innych, dorosłych zobowiązań. Natomiast raczej inspirują mnie te historie, które usłyszę od dorosłych, zwłaszcza starszych ludzi. Z reguły nie wplatam w tekst jeden do jednego tego, co słyszałam. To raczej zbieranina różnych ciekawych wątków, postaci, charakterów, miejsc. Dla mnie pisanie to jak układanie skomplikowanej mozaiki z drobniutkich elementów.
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz