SUKCES PO POZNAŃSKU 4/2026

| KWIECIEŃ 2026 WARTE POZNANIA | 29 liwe stwory – psy, koty, żaby, wróble, myszy… cały zwierzyniec, udomowiony i dziki. Ot, taki realizm magiczny. Trochę z tego świata we mnie pozostało (śmiech) i chyba dlatego daję radę. Rafale, znamy się od momentu, gdy Prowincjonalia były tylko ideą w Twojej głowie. Pamiętasz nasze pierwsze noclegi w internacie w Słupcy? Ten specyficzny klimat „partyzantki”, gdzie wszyscy byliśmy jedną wielką rodziną? To prawda. Kiedy rodziły się Prowincjonalia na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, festiwali filmowych w Polsce było zaledwie kilka (Kraków, Łagów, Ińsko, Gdynia). Nie było odpowiedniej infrastruktury kinowej, hotelowej, gastronomicznej, nie było też internetu i mediów społecznościowych, ale wszyscy wiedzieliśmy, gdzie dzieje się coś ciekawego i nie bacząc na warunki, tłumnie się tam meldowaliśmy. Entuzjazm, jaki zapanował w naszym kraju po zmianach ustrojowych, wyzwolił energię, która znalazła ujście w szeregu inicjatyw społecznych i kulturalnych, między innymi takich, jak: Warszawski Festiwal Filmowy organizowany przez Romana Gutka, a później Stefana Laudyna, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka i festiwal operatorów filmowych Camerimage Marka Żydowicza w Toruniu. Pamiętam, że na drugie Prowincjonalia, wtedy odbywały się w Słupcy, zaprosiłem na spotkanie z widzami po filmie „Diabelska edukacja” Janusza Majewskiego, jeszcze mało znaną Renatę Dancewicz. Aktorka przyjechała w towarzystwie Olafa Lubaszenki, popularnego już dzięki serialom telewizyjnym „Życie Kamila Kuranta” i „Pogranicze w ogniu”, a przede wszystkim rozpoznawalnego wśród widzów kinowych dzięki rolom w filmach Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Wajdy, Janusza Zaorskiego i Władysława Pasikowskiego. Nie było jakichś specjalnych powitań, Olaf wtopił się w atmosferę festiwalu i był jednym z nas. Podobnej sytuacji doświadczyłem na festiwalu w Gdyni. W sali Teatru Muzycznego, gdzie odbywały się projekcje, wszystkie miejsca były zajęte, więc usiadłem na schodach. Po chwili wszedł Krzysztof Kolberger i on również obejrzał film z pozycji schodów i było OK, nikt nie narzekał. Obecnie byłoby to trudne do zaakceptowania. Limuzyny, czerwone dywany, osobiści ochraniarze gwiazd, strefy VIP-ów i boksy dla mediów to w przypadku dużych festiwali standard. Nie mam nic przeciwko tym różnym zabiegom, ale na szczęście Prowincjonaliom to nie grozi. Tu każdy może porozmawiać z każdym jak równy z równym. Czy Ty wtedy, biegając między korytarzami szkoły a salą kinową, w ogóle dopuszczałeś do siebie myśl, że spotkamy się przy 31. edycji? Że to „małe święto” stanie się tak potężną marką? Marka to duże słowo, ale to Ty to powiedziałaś (śmiech). Polemizowałbym z tym, ponieważ gdyby tak rzeczywiście było, to po 30 latach organizacji Prowincjonaliów powinienem mieć co najmniej kilku poważnych sponsorów, którzy zechcieliby wyłożyć swoje środki na festiwal, licząc na zyski, a tak nie jest. Dyrektorzy festiwali umierają młodo, to taki żarcik (śmiech), ale kilku moich kolegów z branży festiwalowej odeszło zdecydowanie za wcześnie. Stres o to, czy wszystko zagra, czy nie, jest ogromny, ale jest też aspekt rodzinny, o którym rzadko się mówi. Jeżeli połowę roku przeznaczamy na organizację tego czy innego wydarzenia, to znaczy, że nie ma nas wtedy z najbliższymi, a to niesie określone konsekwencje. Powodzenie festiwalu zależy od pracy całego zespołu współpracowników, ale odpowiedzialność wobec ludzi, których udało się zjednoczyć wokół projektu, spoczywa na barkach szefa. Dlatego ja daję z siebie grubo ponad sto procent, żeby ich nie zawieść. Słupca to kolebka, ale Września to dojrzałość. Jak wspominasz ten moment przejścia? Czy bałeś się, że w nowym miejscu festiwal straci swoją „prowincjonalną” duszę? Nie, nie bałem się. Słupca w tamtym czasie wcale nie była taka prowincjonalna, jak na pozór to wyglądało, a Września tak wielkomiejska, aby nie można było uchwycić ducha prowincji. Zresztą nie o samą prowincję mi chodziło, a bardziej o to, co na tej prowincji się działo. W Słupcy przez dziesięć lat prowadziłem kino studyjne, do którego na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wprowadził się bezdomny wówczas dom kultury. I my naprawdę robiliśmy tam fajne rzeczy. Pamiętam, jak dwóch dziennikarzy lokalnej telewizji z Wrześni przyjeżdżało do nas, aby relacjonować pierwsze edycje Prowincjonaliów, koncerty zespołów polskich i zagranicznych czy kabarety. Wtedy bardzo narzekali, że u nich we Wrześni nic się nie dzieje, co się częściowo potwierdziło.

RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz