| KWIECIEŃ 2026 74 | SPORT pokonujemy pod wodą. To jest najbardziej morderczy moment, bo płyniesz pod wodą na długu tlenowym po bardzo mocnym otwarciu. Tam, na dnie, czeka manekin. Musisz go sprawnie podebrać i doholować do mety. To połączenie pływania klasycznego, technicznego nurkowania i siłowego holowania. To musi być niesamowicie widowiskowe... Zdecydowanie tak. W ratownictwie sportowym może się wydarzyć znacznie więcej niż w klasycznym pływaniu, gdzie często o zwycięstwie decyduje tylko zasięg ramion na finiszu. Tutaj manekin może ci się wyślizgnąć z ręki, możesz źle go złapać, co skutkuje dyskwalifikacją lub ogromną stratą czasu. Rozmawiałem z ludźmi, którzy oglądali nasze zawody w Chinach podczas The World Games – byli zachwyceni. Mówili: „Kacper, to jest ciekawsze, bo tu się ciągle coś dzieje, są jakieś kombinacje, zwroty akcji”. Myślę, że lifesaving ma przed sobą świetlaną przyszłość. W Polsce mamy coraz więcej klubów, a mistrzostwa Polski są organizowane na profesjonalnym, światowym poziomie. Różnorodność tych konkurencji sugeruje, że obsługa zawodów to logistyczne wyzwanie. Potrzeba znacznie więcej ludzi niż przy zwykłym mityngu pływackim. Oprócz sędziów na pomoście, niezbędni są wolontariusze i nurkowie techniczni. Ci ostatni mają kluczowe zadanie: muszą ustawiać manekiny w odpowiednich miejscach dla każdej serii. Raz manekin musi być na 17. metrze, innym razem na 25. Czasami trzeba z niego wypuścić odpowiednią ilość wody, żeby miał konkretną wyporność i unosił się w określony sposób. Jak Pan w ogóle trafił do tego świata? Musimy cofnąć się o 15 lat. Mój pierwszy kontakt z ratownictwem to był czysty przypadek i chęć wypełnienia wakacyjnej luki. Koledzy zaprosili mnie do drużyny w Ustroniu Morskim na zawody ratownicze rozgrywane na plaży. To była idealna opcja: cztery tygodnie nad morzem, treningi, zakwaterowanie i rywalizacja, w której można było wygrać fajne nagrody finansowe. Przez dwa sezony tak właśnie spędzałem wakacje – pracowałem, odpoczywałem i zarabiałem jako ratownik-sportowiec. Potem pływanie klasyczne znów stało się priorytetem, ale po latach wróciłem do ratownictwa. Chciałem przedłużyć swoją aktywność, ale przede wszystkim szukałem nowych bodźców. W pływaniu czasami dochodzisz do ściany, brakuje ci pomysłów, co jeszcze możesz poprawić. W ratownictwie poczułem się znów jak junior. Musiałem uczyć się nowych elementów od zera, a każda poprawiona życiówka dawała mi ogromną frajdę. Czyli w treningowej monotonii pojawiła się czysta radość z postępów? Dokładnie tak. Kiedy płyniesz dystans po raz pierwszy i widzisz, że możesz go urwać o kilka sekund, to działa na psychikę lepiej niż jakakolwiek inna motywacja. To mnie nakręca i pozwala cieszyć się sportem na nowym poziomie. Nie czuję zmęczenia materiału, bo każde wyzwanie jest dla mnie świeże. Często porównuje się wyniki: 100 metrów kraulem kontra 100 metrów z manekinem. Różnica wydaje się zaskakująco mała, biorąc pod uwagę obciążenie. Mój rekord życiowy na 100 metrów kraulem to 48 sekund. W ratownictwie kombinowanym mój rekord to 57 sekund. Dziewięć sekund różnicy to w sporcie wodnym przepaść, ale jeśli spojrzymy na to z perspektywy wysiłku, to jest to imponujące. Przecież w ratownictwie musisz zanurkować, wyciągnąć 40-kilogramowy ciężar i go zaholować. Ten manekin to potężna kotwica. Napędzasz się wtedy praktycznie tylko nogami i jedną ręką, podczas gdy druga trzyma manekina. To twarda, fizyczna walka z oporem wody. Niezwykłe są też sztafety. Tam dynamika jest jeszcze większa. Sztafeta 4 x 25 metrów z manekinem to jest czysty ogień. Dwóch zawodników stoi w połowie basenu, jest strefa zmian i musisz przekazać manekina koledze tak, by go nie upuścić i nie stracić pędu. Tam się może wydarzyć wszystko. Jeśli zmiana pójdzie idealnie, dajesz z siebie absolutnie wszystko na tych krótkich 25 metrach. Właśnie w tej konkurencji wywalczyliśmy srebrny medal w Chinach.
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz