| KWIECIEŃ 2026 Z KULTURĄ | 79 cierzyństwo tak mocno mnie dotknęło. Miałam przerwę w pracy zawodowej i stwierdziłam, że chcę coś robić. Zaczęłam traktować pisanie jak pracę. Początkowo myślałam, że nie skończę książki, że to tylko marzenie, którego nie uda się zrealizować. Myślałam, że skończy się na jednej pozycji. Teraz już wiem, że na jednej czy dwóch się nie skończy. Nawet na trzech. Skąd wzięła Pani warsztat? Ten styl pisania krótkimi zdaniami jest wyjątkowy. Nie wiem... Ja po prostu siadam i piszę. Nie zastanawiałam się nigdy nad własnym warsztatem. Chyba tak się dzieje, gdy pisze się z serca. Z wykształcenia jest Pani...? Dietetykiem. Pracowałam w branży stomatologicznej. Interesowały mnie głównie przedmioty ścisłe. Chciałam nawet zostać weterynarzem, bo kocham zwierzęta. Studia tutaj zupełnie nie pomogły w kwestii pisania. Może to po prostu jakiś dar lub talent. Pamiętam, jak nauczyciel w szkole mówił, że każdy z nas ma jakiś talent. Wtedy zastanawiałam się, jaki jest mój. Dopiero teraz, mając prawie trzydzieści lat, już to wiem. Pani książka pachnie... Czy zdawała Pani sobie z tego sprawę? Jaki zapach ma Pan na myśli? Najczęściej czuć pot, cygara, skórę, perfumy, a nawet cebulę. Ale to zapach potu jest dominujący. Cóż, wtedy ludzie dużo się pocili i palili cygara... Myślę, że jestem bardzo wyczulona nie tyle na same zapachy, co na detale. Piszę trochę tak, jakby ktoś oglądał film – czytelnik ma widzieć klatki serialu. Kiedy widzę te sceny w wyobraźni, czuję i widzę wszystko. Skoro bohaterowie palą cygara, to ja od razu czuję, że ten zapach jest duszący i gryzący, że unosi się wszędzie. To dla mnie bardzo naturalne. Wspomniała Pani o detalach i zapachach, które budują atmosferę, ale w „Dziewczynie z konspiracji” równie mocno wybrzmiewa muzyka, a konkretnie jeden instrument – fortepian. To nie było zaplanowane od początku, ale w pewnym momencie stało się dla mnie oczywiste. Niemcy podczas okupacji grabili wszystko, co miało dla nas wartość, a instrumenty były dla nich łupem szczególnym. Oni kochali muzykę, na fortepianach „grywali swoje marzenia”. W Poznaniu znajdował się jeden z najlepszych egzemplarzy marki Bechstein – i dla mnie było absolutnie autentyczne, że taki człowiek jak von Heller, wprowadzając się do swojej posiadłości, musiał go tam mieć. Kiedy Wanda wchodzi do salonu i widzi ten instrument, to jest bardzo naturalna, wręcz filmowa scena. Podnosi klapę i odnajduje skrytkę z inicjałami i ukrytymi zdjęciami. To był bardzo epokowy motyw – ludzie w tamtych czasach masowo tworzyli takie schowki, próbowali ocalić skrawki swojej tożsamości w przedmiotach, które Niemcy uważali za swoje. Druga Pani książka opuszcza już Poznań. Tak, to opowieść o kobiecie, która zostaje zmuszona opuścić swój kraj – Polskę. Potrzebowałam zmiany po „Dziewczynie z konspiracji”. Ta bohaterka również przyszła do mnie nagle, w nocy, gdy redagowałam pierwszą książkę. Akcja dzieje się w Barcelonie w dwudziestoleciu międzywojennym, będzie też trochę Polski i dużo sztuki. Pojawia się postać rosyjskiego hrabiego, wygnańca po rewolucji, człowieka honoru o żelaznych zasadach. To znów historia o patriotyzmie i o tym, czym jest dla nas powrót do ojczyzny. Moja bohaterka bardzo dużo przeszła, widzimy ją z jej traumami. Rozumiem, że trzecia książka też już do Pani „przyszła”? Tak, pojawiła się, gdy pisałam drugą. Ponownie skupiam się na kobiecie. Chcę pokazywać naszą siłę i to, że to, co kobiety przechodziły kiedyś, wcale nie jest tak odmienne od tego, co przechodzimy dzisiaj. Cały czas walczymy o swoje ja, o swoje zdanie i o to, że możemy coś robić bez pytania o zgodę. A prywatnie – Pani Poznań? Ulubione miejsca? Mam ich dużo. Na pewno bardzo dobrze wspominam Sołacz – idąc na naszą rozmowę, przystanęłam tam w kilku miejscach, bo mam stamtąd wiele wspomnień. Lubię Rusałkę, fajne knajpki przy Starym Rynku, hotel Bazar. Kocham Poznań jako moje miasto, ale cenię też okolice, bo teraz mieszkam na przedmieściach. Bardzo ważny jest dla mnie kontakt z naturą. Wspomniała Pani, że jest dietetykiem. Jakie są Pani smaki? Bardzo lubię kuchnię włoską i meksykańską, ale też polską – taką klasyczną, u babci. Kotlet mielony, konkretna kwaśna kapusta, szare kluchy czy pierogi, choć o dobre pierogi jest trudno. Jak mam na nie apetyt, to jadę do mojej ulubionej karczmy Kołodziej w Skokach. Czy gotuję? Gotuję, jak muszę. Żeby zjeść, trzeba gotować, chociaż można też coś zamówić albo po prostu wyjść do restauracji. z
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz