| GRUDZIEŃ 2025 warte poznania | 25 piętrze w bloku, „dziubałem” w instrumentach. Trudno mi było odmawiać, więc przychodziło coraz więcej osób. W końcu postanowiłem otworzyć serwis, bo klientów było tak dużo. Zrezygnował Pan z gry w filharmonii, by w pełni rozwinąć biznes i zająć się naprawą? Nie do końca, ponieważ dawniej obowiązywały inne zasady przechodzenia na emeryturę. Dęciak, podobnie jak np. górnik, szedł na emeryturę po 50. roku życia. Dlatego mogłem pozwolić sobie na to, by całkowicie zająć się serwisem instrumentów. Teraz zasady się zmieniły i te przepisy już nie obowiązują, trzeba grać do 65. roku życia, wiek emerytalny jak w każdym zawodzie. Umiejętności techniczne i słuch muzyczny to jedno, ale czy uczył się Pan tego fachu od innych specjalistów? Na początku byłem samoukiem i robiłem wszystko intuicyjnie, ale byłem skuteczny. Mój kolega miał warsztat w Stanach Zjednoczonych. Przyjeżdżał do mnie, dostałem od niego dużo narzędzi, które w latach 80. były w Polsce nie do zdobycia. On znał najnowsze techniki, więc uczyłem się ich od niego. W latach 90. jeździłem na szkolenia Yamahy, uzyskałem certyfikaty. Zacząłem wyjeżdżać też na szkolenia za granicę. Jednocześnie cały czas działałem w branży, więc mogłem na bieżąco wprowadzać w życie wszystkie nowe umiejętności. Jest Pan klarnecistą, ale naprawia Pan nie tylko klarnety. Owszem, moja specjalizacja to instrumenty dęte drewniane. Dętymi blaszanymi się nie zajmuję, bo wymagają innego oprzyrządowania. Mam swoją specjalizację. Jednak trudno byłoby naprawiać instrumenty, nie umiejąc na nich grać. Potrafię grać na flecie, saksofonie, no i na akordeonie. W latach 90. wróciłem do tego instrumentu, gram w zespole SHALOM. Jednak akordeonów nie naprawiam, bo wymagają narzędzi, których nie mam w swoim warsztacie. Ile trwa naprawa jednego instrumentu? To kwestia godzin, dni czy tygodni? Wszystko zależy od uszkodzenia. Są mechaniczne naprawy i drobne korekty, ale i one potrafią pochłonąć wiele czasu. To dlatego, że ta praca wymaga dokładności, precyzji i cierpliwości. Najtrudniejsze jest ustawienie mechanizmu, żeby wszystko idealnie działało i brzmiało. Trzeba pracować wolno i dokładnie, pośpiech jest tu niewskazany. Przecież żyjemy w dobie techniki, automatyzacji. Nie da się w jakiś sposób przyspieszyć tej pracy dzięki nim? Niestety, to całkowicie ręczna praca. Owszem, nowe narzędzia usprawniają działanie, ale mimo wszystko tej pracy nie da się przyspieszyć. Poza tym trzeba wiedzieć, czego i w jaki sposób używać. Szczypiec, blaszek, podkładek regulacyjnych jest mnóstwo, ale praca pozostaje ręcznym rzemiosłem. Dla przykładu – w klarnecie jest siedemnaście klapek. Wystarczy, że jedna odrobinę się przesunie – już nie gra prawidłowo. Czasami zdarza się, że klient przychodzi i twierdzi, że instrument tylko trochę szwankuje. To właśnie o to „trochę” chodzi. Nie da się sprawdzić instrumentu w połowie. Żeby brzmiał tak, jak powinien, trzeba sprawdzić cały. On owszem, będzie wydawał dźwięki, ale – znów – liczy się dokładność. To trochę jak z zegarkiem. Może działać, ale się spóźniać lub spieszyć. Instrumenty rządzą się podobnymi zasadami – nie ma półśrodków. I pewnie każdy chce mieć instrument działający na już? Często tak jest. Są awarie, kiedy przed ważnym koncertem coś zaczyna się dziać i trzeba działać ekspresowo. Jednak wtedy też nie mogę pominąć tej dokładności. Gdybym chciał spełnić nagłe prośby wszystkich, musiałbym chyba zamieszkać w warsztacie. A przecież też mam swoją rodzinę, z którą chcę spędzać czas. Ilu klientów dziennie przychodzi? Przecież od kiedy zaczęliśmy rozmawiać, przewinęło się już kilku. Tak było od początku i chyba nigdy się nie zmieni. Są kolejki do naprawy i klienci o tym wiedzą. Z góry uprzedzam ich, jakie mam terminy. Teraz jest listopad, niedawno odebrałem telefon od kolegi z Warszawy, który chce naprawić u mnie instrument. Powiedziałem mu uczciwie, że mogę przyjąć go dopiero w nowym roku. Uznał, że poczeka. Nie pogniewałbym się przecież, gdyby poszedł z nim do kogoś innego. Zawsze mówię klientom,
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz