SUKCES PO POZNAŃSKU 12/2025

| GRUDZIEŃ 2025 z kulturą | 85 Na początku musimy wrócić do miejsca, gdzie narodziła się Wasza wspólna historia – do tańca. Pani Lidio, Pani przygoda rozpoczęła się już w wieku siedmiu lat w zespole „Mała Wielkopolska”. Lidia Matuszek: Zgadza się. Tańcząc w „Małej Wielkopolsce”, w końcu trafiłam do Zespołu Pieśni i Tańca „Łany” – wtedy – Akademii Rolniczej. To była dla mnie niesamowita przygoda, zwłaszcza że w tamtych trudnych czasach wyjazdy na Zachód były czymś wyjątkowym. Europa stała się dla nas całym światem. Pamiętam, jak wracałam z podróży z kolorowymi pisakami i wszyscy w klasie mi zazdrościli. W „Łanach” też los zadecydował o naszej przyszłości. Kiedy mój partner taneczny wyjechał, szef, śp. Wiesław Kaszubkiewicz, sparował mnie z Piotrem. Pamiętam, jak przyszedł do zespołu. Świetnie tańczył, ale stał raczej w trzecim rzędzie. Nie wychylał się. Byłam zdziwiona, że to właśnie jego dostałam za partnera. Piotr Matuszek: Ja byłem bardzo zaniepokojony! (śmiech) Lidka tańczyła już solówki, była w pierwszym rzędzie. A ja? Ja stałem sobie w ostatnim, moim ulubionym. Staż miałem krótszy; zacząłem tańczyć w zespole węgierskim „Piroska” dopiero w siódmej klasie szkoły podstawowej. Tym bardziej byłem pod wrażeniem tańca Lidki. Taniec nas połączył i w 2004 roku, w otoczeniu „Łanów”, ślubowaliśmy miłość. Jechaliśmy wtedy do kościoła zabytkowym kabrioletem. To był zupełny przypadek, bo na weselu znajomych był ten samochód i zapytaliśmy właściciela, czy może jest wolny w terminie naszego ślubu. Okazało się, że jedyny wolny w jego kalendarzu był nasz termin. Przeznaczenie. Do dzisiaj pozostaje w Panu ogromny sentyment do Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny. To marzenie o dołączeniu do nich jest nadal żywe? PM: To była ogromna fascynacja „Śląskiem”, która jest ze mną do dzisiaj. Znam wszystkie układy i pieśni! Po szkole średniej poważnie myślałem, żeby tam pójść, ale w tamtych czasach trzeba było mieć za sobą szkołę baletową. Żałowałem, że nie spróbowałem, bo z Lidią mieliśmy nawet epizody wokalne, śpiewając pieśni góralskie w Teatrze Wielkim na jednym z jubileuszowych koncertów „Łanów”. Ale ta pasja do tradycji znalazła ujście, choć w zupełnie innej formie. Los zresztą sprawił, że nasze pasje się zeszły: jedna z rund Mistrzostw Polski Pojazdów Zabytkowych miała bazę w Pałacu w Koszęcinie, czyli siedzibie Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Wprowadzali nas tancerze w strojach ludowych. To było niesamowite połączenie! Aż miałem łzy w oczach. Jak z parkietu trafiliście do rajdów pojazdów zabytkowych? Czy w Waszej historii był jakiś „ojciec chrzestny” tej motoryzacyjnej pasji? LM: Myślę, że tak! To mogło zacząć się już w dniu naszego ślubu. Jechaliśmy zabytkową hansą z lat 30. XX wieku. To był piękny, biało-czerwony kabriolet. Pan, który nam go udostępnił, jest do dzisiaj naszym znajomym. Kto wie, czy to właśnie on nie zasiał w nas ziarna zainteresowania zabytkowymi pojazdami. PM: Gdzieś w każdym chłopaku ta pasja do motoryzacji jest, a zauroczenie zabytkami było od zawsze. Z rodzicami przychodziłem na Stary Rynek podziwiać zabytkowe pojazdy prezentujące się w konkursach elegancji rajdów poznańskich. Jednak zaczynałem od jazd na Torze Poznań szybkim, 400-konnym autem. Ale później, zupełnie przypadkowo, wypatrzyłem i zalicytowałem w USA forda model A pick-up z 1928 roku. Był częściowo spalony, do kapitalnej renowacji. Remont trwał trzy lata. Trzymałem to w tajemnicy przed żoną (śmiech), bo nie byłem pewien, jak zostanie to przyjęte. Tylko syn, wtedy sześciolatek, jeździł ze mną na drugi koniec Polski, aby badać postępy! I zachował tajemnicę do samego końca. LM: Zakochałam się w tym samochodzie od razu, kiedy zobaczyłam ten finalny efekt! Dziś mamy już kilka zabytkowych pojazdów, w tym trzy modele Forda A z różnych roczników, w tym wersję coupé z tą słynną, chowaną „kanapą teściowej”. To, co nas urzekło, o prostota tej motoryzacji, a jednocześnie te niesamowite wrażenia – hałas, wiatr, niewygoda, ale to ma swój niepowtarzalny urok. Trzeba jeździć w pilotkach!

RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz