SUKCES PO POZNAŃSKU 12/2025

| GRUDZIEŃ 2025 z kulturą | 87 uczestnikom – zaciekawić historycznie, turystycznie i krajobrazowo. I znów współpracowaliśmy całą rodziną. Córka spisywała tzw. PKP – punkty kontroli przejazdu, obsługiwała ze mną PKC – punkty kontroli czasu, podczas gdy syn i mąż już byli w innym miejscu, pomagając zawodnikom bezpiecznie parkować. PM: Do Krainy 100 Jezior przyjechały 32 załogi z całej Polski, a listę startową rozpoczynał fiat 500 topolino z 1937 roku, co spotkało się z wielkim entuzjazmem starosty międzychodzkiego i burmistrza Międzychodu, użyczając nam patronatów. Rajd Tysiąca Mil czesko-słowackich to największe wyzwanie motoryzacyjne. Dlaczego jest aż tak wyczerpujący? PM: Myśleliśmy, że to będzie rajd podobny do tych, w których jeździmy, ale to był wyścig – z czasem, własnym zmęczeniem i słabościami! Trzeba było przejechać ponad 1000 km w trzy dni samochodem prawie stuletnim. Trasa Praga–Bratysława–Praga wymagała utrzymywania bardzo dużej średniej prędkości. 400 km dziennie w pozycji zgiętej, w trudnych warunkach pogodowych. Pamiętam to zdrętwienie rąk, konieczność ciągłego pilnowania kierownicy. Nie można sobie pozwolić na dłuższy postój, odpoczynek, nawet je się w biegu. LM: To była walka. Byliśmy cały czas w trasie. Rolą pilota oprócz nawigowania było ciągłe przeliczanie czasów, aby trafić co do minuty w odpowiednie nieznane nam punkty kontrolne. Nie byliśmy przygotowani aż na taki wysiłek, ale dojechaliśmy do mety z odrobiną spóźnienia, bo tuż przed Pragą strzeliła nam opona. Trzeba było wyjąć wszystkie bagaże (bo woziliśmy wszystko ze sobą), podnieść samochód, zmienić i znowu załadować – a to wszystko w strojach z epoki. Jakie samochody widzieliście? PM: To było niesamowite. Czesi mają bardzo bogaty zasób historycznych pojazdów, bo wojna tak ich nie dotknęła. Jechało 120 unikatowych przedwojennych samochodów marek takich, jak: Tatra, Praga, Alvis, Jawa, Bugatti, Lagonda, Walter, Talbot czy Vauxhall, których nie spotyka się w Polsce. LM: Ja na każdym przystanku fotografowałam i filmowałam, bo to było jak żywe muzeum. Niesamowita była też sympatia ludzi. Mieszkańcy znali trasę, stali w szpalerach i rzucali nam drożdżówki i miejscowe sery do samochodu, bo widzieli, że nie mamy czasu stanąć i spokojnie zjeść! Największy moment wzruszenia to meta, prawda? LM: Dotarcie do mety w Pradze to wielkie emocje, szczęście i duma. Byliśmy jedynymi Polakami, którzy dotarli. Choć złapaliśmy „gumę” tuż przed Pragą na ostatnim etapie i spóźniliśmy się 5 minut. Ale sam dojazd był sukcesem. To było niesamowite. Zabraliśmy polska flagę i ten moment, kiedy mogliśmy ją unieść nad głowami. Popłakałam się wtedy. Czułam wielką dumę, że jesteśmy tam, wśród załóg z całej Europy. PM: Już samo dostanie się na ten wyścig jest sukcesem, bo zgłoszeń z całej Europy jest bardzo dużo. Organizatorzy zapraszają wybrane i ciekawe pojazdy i my znaleźliśmy się w tym prestiżowym gronie. Z Polski jechała wtedy jeszcze jedna załoga, ale im się nie udało dojechać do mety z powodu awarii. Myślimy o tym, żeby pojechać i powalczyć tam znowu. Angażujecie się też w widowiska historyczne w Parku Dzieje w Murowanej Goślinie. Nie tylko jedziecie ze swoimi zabytkowymi samochodami, ale też jesteście aktorami. Wciela się Pan m.in. w rolę Jana Kiepury? PM: To jest nasz rodzinny nałóg i choroba. To 12 widowisk w lecie, które mamy wyłączone z kalendarza. Biorą z nami również udział nasi znajomi. Zaczęło się od użyczania aut. Później padła propozycja odegrania małego epizodu i zostałem Paderewskim, potem Dmowskim, a teraz, od dwóch lat, Janem Kiepurą. LM: To jest często trudne logistycznie. Córka chodzi do szkoły muzycznej, ma swoje próby, koncerty. Dochodzi do tego nasze zaangażowanie zawodowe, rajdowe. Ale Park Dzieje jest naszym wspólnym, rodzinnym rytuałem, którego nie chcemy odpuścić. z

RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz