SUKCES PO POZNAŃSKU 05/2026

| MAJ 2026 POZIOM WYŻEJ | 69 liśmy „Schron”, to szybko się okazało, że muzyka to tylko fragment tej układanki. W tym miejscu wyrosła przecież społeczność, którą trzeba było zarządzać, konieczny był nadzór nad logistyką i wdrażaniem procesów. To mnie pochłonęło. Zaczęłam się rozwijać w tym kierunku: jak być dobrą szefową, jak być skuteczną liderką, jak się komunikować z ludźmi i jak budować zespoły. Czynną szefową „Schronu” byłam przez osiem lat. W międzyczasie otworzyliśmy jeszcze takie miejsce jak „Święty Spokój” i tam poczułam, że mogę wdrażać wszystkie inicjatywy społeczne, które zawsze mi w duszy grały. Wiedziałam, że to jest odpowiednia przestrzeń, a ja najbardziej nie lubię zmarnowanego potencjału. I mając tę przestrzeń, mając ludzi, chciałam ten potencjał wykorzystać. Jako szefowa, jako kobieta i jako właścicielka, byłam świadoma, że w miejscach publicznych, takich jak kluby muzyczne, dochodzi do różnych molestowań i przekraczania granic. Dlatego czułam się odpowiedzialna za to, żeby edukować ludzi, którzy przychodzili do „Schronu”. To właśnie tam zaczęłam pierwsze akcje, projekty społeczne, na rzecz edukacji, uświadamiania, czym jest to przekraczanie granic, jak się w takich sytuacjach zachować i komu to zgłosić. Jaki główny cel Tobie przyświecał, kiedy tworzyłaś to miejsce? Dziesięć lat temu przyszłam tam i powiedziałam: „Cześć, jestem Ola, mogę tu zrobić imprezę?” I tak się zadziało, a Kuba, chłopak, który wtedy tworzył Escape Room, został moim wspólnikiem. Jest taka część brawury we mnie, która pozwala mi podejmować ryzyko, niekoniecznie wszystko kalkulując. I tak zostałam tą wspólniczką, bo Kuba sam zobaczył, jak ciężko pracuję i jak dużo energii w to wkładam. Zaufaliśmy sobie. Zależało mi, żeby przyciągnąć ludzi, którzy szanują świat muzyki elektronicznej i są świadomi, na jakich wartościach jest oparty. Schron był zawsze takim balansowaniem pomiędzy pasją a tym, że musi się finansowo zgadzać. Jednak zdecydowanie częściej podejmowaliśmy decyzje bliższe naszym wartościom niż temu, żeby budżet się dopiął. Później to miejsce ewoluowało, żyło nie tylko muzyką, ale też projektami kulturalnymi i edukacyjnymi. Podczas pandemii dostaliśmy pierwsze miejsce w konkursie „Kultura na wynos”, Wydziału Kultury Miasta Poznania. Wdrażaliśmy streamingi, rozwijając inicjatywy muzyczne w sieci. To zostało docenione, a wkrótce potem powstała w mojej głowie idea Local Girls Movement. Zrodziła się, jak to zawsze u mnie, z bieżących potrzeb, wyniknęła z momentu w życiu, w którym aktualnie byłam. I to był strzał w dziesiątkę, Stowarzyszenie Local Girls Movement od 2022 roku stało się fenomenem na mapie Poznania. Co takiego wydarzyło się w naszej społeczności, że „siostrzeństwo” przestało być tylko modnym hasłem, a stało się realną potrzebą, która przyciąga setki kobiet na Wasze warsztaty i spotkania? Nie wiem, czy w życiu lokalnej społeczności, czy w moim życiu. Wszystkie te inicjatywy dojrzewają równo ze mną i tak jak „Schron” i muzyka elektroniczna były mi bliskie na tamtym etapie mojej młodości, tak dwa lata temu postanowiłam odejść już od czynnej pracy w „Schronie”. Stwierdziłam, że ja już tu swoje zrobiłam, że nauczyłam kolejne osoby i one doskonale wiedzą już, co mają robić. Do powstania Local Girls Movement przyczynił się ważny moment w moim życiu – zostałam mamą, urodziłam synka w 33. tygodniu ciąży. Musiałam o niego zawalczyć na oddziale neonatologii i każdego dnia prosić, żeby mnie do niego wpuścili. Musiałam też wykazać się sprawczością i być mentalnie silna. Nie mogłam się załamać. Wtedy poczułam, że my – kobiety, doświadczamy tak trudnych emocji i powinnyśmy się wspierać niezależnie, z jakiego środowiska pochodzimy. Ta kobiecość i siostrzeństwo stały mi się szczególnie bliskie, kiedy siedem dni po moim porodzie, na tym oddziale, pojawił się drugi chłopiec. Spotkałam tę mamę i zobaczyłam w niej siebie sprzed tygodnia. Widziałam jej strach i bardzo chciałam jej dodać otuchy, ponieważ przechodziłam przez to samo. I tak zakiełkowała we mnie potrzeba bycia wśród kobiet, budowania przestrzeni dla kobiet. Kolejnym etapem była nazwa i zaproszenie do działania wspaniałych dziewczyn, razem jesteśmy nie do zatrzymania. Każda z nas wniosła jakieś eksperckie umiejętności i każda przejęła jakiś dział do zaopiekowania. My wszędzie „przemycamy” podprogowy przekaz, że siostrzeństwo jest „cool” i ja to chyba lubię najbardziej i powtarzam do znudzenia: budujmy sobie te siatki wsparcia, udowadniajmy, że dziewczyny trzymają się razem. Jeden z pierwszych naszych projektów to mural w Ogrodzie Jordanowskim, który jest podpisany SIOSTRZEŃSTWO. DZIEWCZYNY TRZYMAJĄ SIĘ RAZEM. Prosty przekaz, ale oczywiście pojawiło się zaraz mnóstwo negatywnych komentarzy, a ja naprawdę nie spodziewałam się, że tu się można do czegoś „przyczepić”. Zanim jeszcze powstała nazwa Local Girls Movement, zrobiłam dwa spotkania o siostrzeństwie, na którym pojawiły się różne kobiety, dziewczyny. Usiadłyśmy w takim ogromnym kole, bo na każdym spotkaniu było około czterdziestu osób. Poprosiłam, aby każda z nich powiedziała, czym jest dla niej siostrzeństwo i po co przyszła na spotkanie, i większość kobiet odpowiadała: „Ale ja nic nie mam przeciwko mężczyznom”. Bardzo mnie to poruszyło, bo dlaczego nadal działanie na rzecz siebie rozumiemy jako działanie przeciwko mężczyznom? A przecież stawanie po swojej stronie jest niezwykle ważne i trzeba to robić. Nikt nas nie uczy stawiania granic, asertywności. Mamy ogromny syndrom oszustek. Celowo w Local Girls Move-

RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz