| MAJ 2026 POZIOM WYŻEJ | 81 to fakt, że zajmuję się teraz jednym tematem. Jako rzecznik zajmowałam się wieloma dziedzinami naraz, bo nasze muzeum to przecież aż dziewięć bardzo odmiennych oddziałów. W tej chwili prowadzę promocję wielkiego remontu, konserwacji ratusza i budowy nowego Muzeum Mieszkańców, które będzie drugą częścią Muzeum Poznania. Skupienie się na jednym temacie i zgłębianie go to ogromny luksus. Nie ukrywam, że mam w końcu czas czytać moją zawodową „biblię”, czyli monografię „Odkrywanie ratusza. Historia powtarzalności”, autorstwa dr Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak, która ma dziewięćset stron i jest prawdziwą skarbnicą wiedzy. Łykam ją małymi łykami – może nie jako deser, ale czasami jako danie główne. Odczuwam, że teraz bawię się pracą i to jest niezwykle fajne. A jak wygląda Twoje życie poza murami muzeum? Mam w końcu luksus, żeby zająć się domem i moją malutką wnuczką, dla której mam dużo czasu. To prawdziwa radość oddać się wychowaniu dziecka, bo jako młoda matka wiecznie pędziłam do pracy. Przyznaję się, że miałam wtedy zdecydowanie mniej cierpliwości niż teraz. Także mam chyba bardzo dobrze wyważoną tę emeryturę: z jednej strony wyzwania zawodowe, a z drugiej tyle wolnego czasu, że mogę realizować się jako babcia. Ile lat dokładnie trwała Twoja przygoda z muzeum? Liczmy to całymi latami: rozpoczęłam pracę w grudniu 1986 roku, bezpośrednio po obronie dyplomu. Obroniłam się w listopadzie, a na początku grudnia przyszłam do pracy. I z małymi przerwami – bo nie ukrywam, że dwa razy się z muzeum żegnałam, gdy pewne warunki były dla mnie trudne do zaakceptowania, ale wracałam potem jako „córka marnotrawna” – pracowałam więc w muzeum całe życie. Można powiedzieć, że od 1987 roku do 2025 roku z hakiem. To pełne 40 lat, z czego ponad 30 „rzecznikowskich”. Moje początki to była droga „od pucybuta do milionera” – i myślę, że słowo „milioner” to dla rzecznika tak wielkiego muzeum całkowicie odpowiednie sformułowanie, mając na myśli bagaż doświadczeń. Zaczynałam w dziale inwentarzy, co pozwoliło mi bardzo dobrze poznać strukturę i układy organizacyjne muzeum. Pracowałam wtedy z ludźmi, którzy zaczynali pracę jeszcze w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych. To były dla mnie „chodzące archiwa”. Wszystko to chłonęłam, a później wykorzystałam, przygotowując np. fotograficzną wystawę z okazji wielkiego Zjazdu Muzealników w 2021 roku. Dotarcie do tej głębokiej historii, którą kiedyś przekazali mi nieżyjący już koledzy, dało mi ogromną satysfakcję. Początkowo praca w inwentarzach jednak trochę nużyła? Dla historyka sztuki wydawało się to wtedy małym wyzwaniem. Miałam wielką ochotę pracować w dziale sztuki zachodnioeuropejskiej, w malarstwie obcym. Przygotowywałam wystawę malarstwa holenderskiego, bo o scenach rodzajowych w tym malarstwie pisałam magisterkę. Życie potoczyło się jednak inaczej – zmiany dyrekcji sprawiły, że wystawa nie doszła do skutku, ja urodziłam córkę, a po urlopie macierzyńskim wróciłam już jako rzeczniczka. Dlaczego zaproponowano Ci właśnie tę rolę? To był dobry splot okoliczności. Muzeum miało wcześniej pierwszego w historii rzecznika – był nim mój kolega, obecny profesor Przemysław Czapliński. Choć Przemo skończył historię sztuki jako drugi fakultet, był jednak przede wszystkim polonistą i literaturoznawcą. Praca rzecznika była dla niego etapem. Przez pewien czas prowadziliśmy tę funkcję wspólnie. Bardzo wiele mnie nauczył. Myślę, że w dobrej pamięci miała mnie też ówczesna dyrektor ds. naukowych, pani Agnieszka Ławniczakowa. Na hasło mojej przyjaciółki, że Ola chętnie wróciłaby do muzeum po urodzeniu dziecka, pani dyrektor złapała to w lot. Potem był już tylko telefon z pytaniem, czy chcę wrócić. Oczywiście, że chciałam! Fachu uczyłam się od Przemka, na kursach, ale przede wszystkim wykorzystywałam szeroką wiedzę ze studiów. Choć przyznaję – dziedziny takie jak wojskowość były dla mnie na początku tabula rasa. Ówczesny kierownik Wielkopolskiego Muzeum Wojskowego (oddział MNP), pan Tadeusz Jeziorowski, był bardzo surowy; śniły mi się po nocach odznaki i oznaki, żebym tylko nie zrobiła błędu w notatce prasowej. Na szczęście koledzy z działów wojskowości byli świetnymi nauczycielami. Przez te 40 lat cały czas musiałam się dokształcać, by być dobrym przekaźnikiem wiedzy. Pracowałaś z pięcioma dyrektorami. Jak ich wspominasz? Przyszłam do muzeum zatrudniona przez śp. Henryka Kondzielę. Pamiętam, że gdy starałam się o pracę, powiedział mi, że muszę napisać magisterkę z historii Poznania, grafiki lub malarstwa obcego, bo tylko w tych działach będą miejsca. Już miałam bardzo zaawansowaną pracę o architekturze postmodernistycznej u prof. Skuratowicza, ale musiałam zmienić temat. Naraziłam się profesorowi – chyba przez dwa lata mi się nie odkłaniał, choć potem mu przeszło. Napisałam więc o malarstwie holenderskim u prof. Iwanojki. Dyplom oceniono bardzo wysoko, z wyróżnieniem, ale gdy przyszłam z nim do muzeum, oka-
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz