| LIPIEC/SIERPIEŃ 2026 SMACZNEGO | 59 No pewnie, że czujecie, i to organoleptycznie. Wielu z Was z obłędem w oku i poparzonymi palcami obiera jeszcze gorący bób prosto z garnka. Inni są zdecydowanie spokojniejsi, bo z benedyktyńską cierpliwością, pędzelkiem i solą, strącają z kurkowych kapeluszy ostatnie ziarnko leśnego piasku. Chociaż podobno danie z kurkami bez trzeszczącego piasku między zębami się nie liczy. Ja jednak należę do teamu „pędzlujących” kurki. To przypomina mi pewną anegdotkę. Rozmawiając o jedzeniu z moim przyjacielem, radiowcem Radia Poznań, Jurkiem Piasnym, usłyszałem kiedyś podczas nagrania naszych podcastów, że on może by i pokochał dania z kurek i bobu w jednej misce, ale… najpierw trzeba obrać bób ze skórki, a potem jeszcze wyczyścić kurki. Te czynności zabierają mu pół dnia, a potem jeszcze gotowanie! Smak przegrywa z cierpliwością. Trudno się z nim nie zgodzić. Ale jest coś, co w czasach instant, fast foodów i całorocznej dostępności truskawek z importu, przypomina nam o potędze prawdziwej, bezwzględnej sezonowości. Tych kilku tygodni po prostu nie da się przegapić. Można dostać bób z puszki albo z importu, ale grunt i sezon to nie to samo. Podobnie rzecz ma się z mrożonymi kurkami, bo te czasami mogą zaskoczyć nas goryczą. A tego przecież nie chcemy. MIMO WSZYSTKO BÓB I KURKA Są to dla wielu królowie sezonu. Powiem Wam, że jestem w tej drużynie. Kiedy szparagi odchodzą w zapomnienie, bób i kurka sprawiają, że nie muszę szlochać nad talerzem ze smutku. Bób – na pozór przaśny, sycący, wręcz plebejski, kojarzący się z leniwym popołudniem i miską postawioną na kolanach przed telewizorem, chociaż ja wolę przy książce. Kurka, czyli pieprznik jadalny, dystyngowana pani z lasu, kapryśna i niestety droga, potrafi zamienić zwykłą jajecznicę w danie godne gwiazdki Michelin. Pamiętam, jak kiedyś, będąc w Nadarzynie w domkach nad jeziorem, po pierwszej spędzonej nocy wyszedłem na tarasik i ujrzałem mnóstwo rudych plam. To były piękne kurki. Miałem odpowiednie ingrediencje, by usmażyć jajecznicę, która zrobiła nie tylko dzień, ale i kilka kolejnych. Choć Pan Bób i Pani Kurka pochodzą z zupełnie innych światów – jeden z nasłonecznionego pola, druga z wilgotnego, mszystego poszycia – już dawno postanowili zagrać w jednym filmie. I, co najważniejsze, jest to film z happy endem, bo ich spotkanie na jednym talerzu to absolutny majstersztyk, który udowadnia, że przeciwieństwa nie tylko się przyciągają, ale też wyjątkowo dobrze razem smakują. Po raz pierwszy zaprosił mnie na taką „projekcję” wiele lat temu poznański szef kuchni z wyjątkowym smakiem, Wojciech „Carlos” Wojtkowiak, serwując potrawkę z kurki i bobu. Fantazja. Od tego momentu tak pichcę i wymyślam, jak połączyć oba składniki. BÓB, CZYLI ELEGANCJA W ŁUPINIE To przedstawiciel minimalizmu w kuchni, ale także warzywo, które lubią ci preferujący zasadę: jak tu zrobić coś do jedzenia, ale się nie narobić. Podczas gdy inna zielenina wymaga skomplikowanych działań i wyszukanych przypraw, on potrzebuje jedynie garnka z wrzącą wodą, solidnej szczypty soli oraz odrobiny cukru. Trochę ambitniejszym polecam wrzucić ząbki czosnku (nie trzeba ich obierać, wystarczy rozgnieść) i pęczek koperku. A potem telewizor lub dobra lektura, chociaż tu gorzej, bo kartki, jedząc bób, można upaćkać. Ale jak ma się wprawę – a ja taką mam – to książka nie ucierpi. Trzeba pamiętać, że bób należy do tej samej rodziny co na przykład kalafior, brokuł czy świeża kapusta… Nie, nie botanicznie lecz zapachowo. Znacie ten aromacik w kuchni podczas gotowania? Czy jest jakiś sposób na uniknięcie tej niedogodności? Oczywiście, że jest! Nie zwracać uwagi – podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Lubię patrzeć na towarzystwo, które rzuca się na miskę z właśnie odcedzonym bobem. Gorący, nie można go złapać, opuszki palców i wargi poparzone, ale ten namiętny wzrok, gdy przełknie się zieloną smakowitość – bezcenny. Mówimy: „ostatni raz”. A jednak, z uporem godnym lepszej sprawy, rok w rok, dzień po dniu w sezonie parzymy te palce, klniemy pod nosem i jemy – często jeszcze zanim bób w ogóle dotrze na stół, prosto z durszlaka. Ale to tylko jedno oblicze bobu, który najpierw zapukał, a potem śmiało wkroczył do współczesnej gastronomii. Ta docenia młody, jędrny bób, gotowany krótko, wręcz al dente, zachowujący piękny, żywy kolor i naturalną słodycz. Wystarczy zrzucić z niego łupinę, wrzucić na patelnię z masłem i czosnkiem, a na koniec przełamać ten maślany smak odrobiną świeżej mięty, skórki z cytryny i słoną, kruszącą się fetą. W takiej
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz