| WRZESIEŃ 2026 76 | Z KULTURĄ wszystkie obrazy w moim smartfonie, chętnie z tego korzystam. Muzea i wystawy determinują kierunek moich podróży. Kiedy wchodzę do muzeum, czuję taką samą ekscytację jak wtedy, kiedy zaczynam czytać powieść. W ramach obrazów zamknięte jest mnóstwo historii. Zwykle widzimy tylko fragment, na przykład łzę w czyimś oku, resztę musimy sobie dopowiedzieć sami. Spacery w muzeach są dla mnie w pewnym sensie rozgrzewką przed pisaniem. I zaczyna się research? Tak i trwa bardzo długo. Zwykle tygodnie przed pisaniem. Spędzam wtedy dni, czytając i notując. Uwielbiam ten etap pracy. Research pochłania mnie całkowicie. Szczerze mówiąc, muszę sobie w pewnym momencie powiedzieć: „Dość, wiesz już wystarczająco dużo, możesz zacząć pisać”. Choć tak naprawdę research nie kończy się aż do momentu, kiedy postawię w tekście ostatnią kropkę. Czyli pisząc książkę, sama staje się Pani trochę studentką? To, że ciągle się czegoś uczę, jest w tej pracy zdecydowanie najprzyjemniejsze. Uczę się zresztą po to, żeby się tą wiedzą dzielić. Byłoby miło, gdyby czytelnik po przeczytaniu „Dyptyku” popisywał się w towarzystwie przytoczonymi przeze mnie anegdotami i historiami. Dziś trudno uwierzyć, że pisanie nie było od początku oczywistą drogą. Wcześniej miała Pani przecież bardzo biznesową karierę. Myślę, że pisanie było oczywistą drogą, na którą jednak długo nie byłam gotowa. Problem w tym, że kiedy nie jest się gotowym na spełnianie swoich marzeń, możesz być pewien, że inni zaprzęgną Cię do spełniania ich. Każde życiowe doświadczenie na pewno było cenne. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale wiele rzeczy, które w życiu robiłam, przygotowywało mnie do pisania. Kiedy to marzenie wróciło? Nigdy nie pisałam do szuflady. Wiedziałam, że jeśli zacznę pisać książki, to zajmę się tym na poważnie. Miałam trzydzieści dziewięć lat, kiedy napisałam swoją debiutancką powieść „Mistral” i czterdzieści, kiedy ją wydano. Oprócz kulturoznawstwa ukończyłam filologię polską. Miałam wtedy nieco ponad dwadzieścia lat. W swoim podaniu wyraziłam nadzieję, że studiując, nauczę się, jak pisać książki. Jest Pani więc zwolenniczką tego, że pisania można się nauczyć? Zdecydowanie. To rzemiosło, które wymaga warsztatu. Zdaje się, że teraz na studiach polonistycznych są zajęcia z kreatywnego pisania. Wtedy jeszcze nie było. Skończyłam studia i zaczęłam się uczyć sama. Od tego czasu inaczej czytam powieści, przyglądam się formie, podglądam, jak została skonstruowana fabuła, narracja, gdzie są szwy. Efekt? Nie potrafię już czytać tylko dla przyjemności. To jest bardzo wysoka cena, jaką chyba musiałam zapłacić. Ratuje czytanie poza gatunkiem – reportaże, biografie. Sukces Panią nieco zaskoczył? Nie myślę o tym, co się dzieje, w kategoriach sukcesu. Bardzo cieszy mnie, kiedy słyszę, że książka została dobrze odebrana, kiedy czytelnicy chcą o niej rozmawiać, wysyłają mi swoje fabularne pomysły, piszą o zaskoczeniach. Zwykle, kiedy książka jest na rynku, ja myślami jestem już w kolejnej historii i mierzę się ze swoimi ograniczeniami. (Śmiech) Nawet gdybym chciała gdzieś poszybować, to mnie jednak uziemia. Czyli komplementy są miłe, ale nie można się na nich oprzeć? W żadnej sferze życia, nikomu nie polecałabym opierania się na komplementach. Wierzę, że jeśli pozwolisz komuś panować nad tym, jak się czujesz, za pomocą miłych słów, to jednocześnie pozwalasz mu rujnować cię za pomocą hejtu. Chyba lepiej zostawić panowanie nad własnym nastrojem tylko sobie. Może dlatego debiutowała Pani później? Myślałam o tym wielokrotnie i wygląda na to, że ten późny debiut miał w moim przypadku więcej zalet niż wad. Jak przez te lata zmienił się Pani warsztat? To jest ciekawe, ale właśnie w ostatnim czasie zauważyłam, że on się zmienia. Na pewno mam do siebie więcej zaufania, wiem, co zrobić, kiedy pomysł się nie pojawia. Odpowiedź jest banalnie prosta – nie przestawać pisać, a miałam takie tendencje. Na szczęście nigdy nie przerażała mnie biała kartka. Przeciwnie, zawsze wywoływała na mojej twarzy uśmiech. Nowa kartka to nowa przygoda. Powiedziała Pani kiedyś: „Lubię kłamać”. To dość zaskakujące wyznanie pisarki. „Lubię kłamać, ale żeby nie kłamać w życiu, piszę książki” – chyba tak to brzmiało. Przy czym „kłamać” w znaczeniu wymyślać historie. Są autorzy, którzy inspirują się aktami spraw, jakimiś historycznymi wydarzeniami, a ja niekoniecznie. Nie wykorzystuję historii z czyjegoś życia, po prostu je wymyślam. W literaturze prawda nie zawsze jest najważniejsza? Prawda to coś, do czego dążą bohaterowie i co chce poznać czytelnik. Trzeba mieć jednak świadomość, że czytając książkę, wchodzimy w fikcyjny świat. Nawet jeśli bardzo prawdopodobny, to jednak wymyślony.
RkJQdWJsaXNoZXIy NzIxMjcz